Kilka dni temu odważyłam się na heroizm godny sapera
rozbrajającego bomby – stanęłam na wadze. Oczom moim ukazała się liczba, która
zdecydowanie stanęła w opozycji do lekkości mojej duszy. Nie wiem czy
odchudzanie się tuż przed świętami to dobry pomysł, ale jak nie teraz to kiedy?
Od trzech tygodni codziennie wykonuję ćwiczenia nadgarstków, palców a przede
wszystkim oczu – otóż zabrałam się do wydziergania pierwszego w moim życiu
szaliczka na zimę. Machanie drutami (sztuk dwie) - choć dość ciężkie - to niewystarczający sprzęt by zredukować
nadmiar spożytych w ciągu dnia kalorii. Równie nieskutecznym ćwiczeniem okazały
się codzienne spacery z moim psem – lat 5 – głównie dlatego, że pies ma
odmienne zdanie jeśli chodzi o spędzanie czasu na świeżym powietrzu. (taki mały
żarcik, bo każdy kto mieszka w Krakowie wie, że świeże powietrze jest tu tak
samo rzadko spotykane jak niedźwiedzie w Parku Jordana). Ja preferuję spacer a’la
chód Korzeniowskiego, natomiast pies mój woli wąchać w tym czasie kwiatki. Sięgam
więc od dziś po najskuteczniejszą z ćwiczeniowych broni – turbo fire. Po nowym
roku natomiast w szeroko interpretowanym planie wpisuję zajęcia salsy – tęskno mi
do niej…

17.12.2012
14.12.2012
Gwiazdkowy zawrót głowy.
Święta, święta – jeszcze tylko przetrwać nadchodzący koniec
świata i będzie można się nimi cieszyć w gronie najbliższych. Daleka jestem od
podsumowań mijającego roku, gdyż owocował on zarówno w chwile ciężkie jak
cementowe buty zakładane wybrankowi sycylijskiej mafii, jak i chwile radosne jak
wybuchający ptaszek słuchający upojnego śpiewu Fiony w Shreku. Równie daleka
jestem od składania deklaracji, czym obrodzi nas tym razem nadchodzący rok. Jestem
zdania, że będzie taki, jakim sama go uczynię, dlatego postaram się wkroczyć w objęcia
2013 roku z uśmiechem na twarzy i z przyjemnością obserwować, co też mnie
spotka po przekroczeniu kolejnego zagadkowego progu życia. Tymczasem zabieram
się do poszukiwań gwiazdki z prezentami, gdyż bliskich memu sercu osób
namnożyło się w tym roku i ku mej uciesze powiększyło tym samym moje serce kilkukrotnie.
30.10.2012
10.10.2012
Niedzielna kierowniczka.
Kilka długich lat minęło od mojego ostatniego razu za
kółkiem – i nie chodzi mi wcale o miłosne rozkosze – mam na myśli prowadzenie
samochodu. Prawo jazdy zrobiłam 8 lat temu a od czasu egzaminu i paru
sporadycznych przejażdżek w pierwszym roku, kierownicę oraz drążek zmiany biegów
podziwiałam jedynie z perspektywy fotela pasażera. Aż tu nagle, niecały tydzień
temu Kasia usiadła za kierownicą świeżo umytego białego „ogiera”. Co też to
górskie powietrze potrafi zrobić z człowiekiem, ech. Przez ten długi czas
kierowniczej abstynencji zdążyłam zapomnieć jakież to przyjemne uczucie
siedzieć za sterami pojazdu czterokołowego i wchodzić w zakręty z prędkością 30
km/h i dawać się wyprzedzać maluchom, traktorom i bryczkom zaprzężonym w rącze konie. Zafascynowana uczuciem
przyjemności rozchodzącym się po całym moim ciele nie zauważyłam nawet, kiedy przekroczyłam
granicę państwa Polskiego wjeżdżając na teren Słowacji. Jeszcze parę takich
wojaży i będę gotowa do podjęcia męskiej decyzji – użycia podczas jazdy
czwartego biegu. Z rozwianymi włosami, połykając w zawrotnym tempie kilometry tatrzańskich dróg, pozdrawiam was serdecznie.
8.10.2012
W moim magicznym domu...
W moim magicznym domu świat stanął na głowie – tu od braku
wody usychają nawet kaktusy a słodziutkie, intensywnie fioletowe śliwki
sprawiają, że krągła pupa staje się jeszcze okrąglejsza. Szare myśli nabierają
ostrych czarno-białych kontrastów a poddając się pieszczotom słów zamieniają w
kolory tęczy.
W moim magicznym domu tuż przy wejściu z napisem szczęście - zupełnie
nieumyślnie, pojawiają się czasem drobne rysy, lecz przy pomocy szpachli
uśmiechu szybko stają się jedynie mglistym wspomnieniem.
W moim magicznym domu przywołując wspomnienia dobrych chwil każdego
dnia uczę się, że:
„Jesteśmy tym, co o sobie myślimy.
Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli.
Naszymi myślami tworzymy świat.”
Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli.
Naszymi myślami tworzymy świat.”
Budda.
4.10.2012
Mission Possible.
GRRRUCH!!! ŁUBUDUUU!!! BRZDDDĘK!!! Ciekawi was, co to za
dzikie dźwięki? Prostując wasze domysły wyjaśniam – to nie spadające z Giewontu
głazy, to kamień spadający z mojego serca. Kamień zwany brakiem pracy.
Oznajmiam wszem i wobec że Mission Impossible zmieniła się w jak najbardziej Possibile,
od poniedziałku bowiem zasilę szeregi ludzi szczęśliwie pracujących, i to nie
gdzie indziej, jak w szkole, w której pracowałam w zeszłym roku. Po kilku miesiącach
obgryzania pazurków, wymyślania problemów i martwienia się o swoją przyszłość, nareszcie
przyszła chwila pracowitego oddechu.
PS. Dla potwierdzenia moich słów dotyczących tego, że
Giewont jest nienaruszony (a to tylko, dlatego że Kasia jeszcze nie miała
okazji odwiedzić szczytu), poniżej zamieszczam jego zdjęcie (to nie cukier
puder widnieje w jego szczelinach, lecz najprawdziwszy, pierwszy tej jesieni śnieg,
który pojawił się kilka tygodni temu).
27.09.2012
Gdy żaba jest mokra...
Swój dzisiejszy wpis rozpocznę od spełnienia obietnicy. Drogi
Góralu – informuję niniejszym wszystkich o Twoim spostrzeżeniu dotyczącym
przewidywania pogody – według Drogiego Górala, gdy żaba jest mokra znaczyć to
ma ni mniej ni więcej jak to, że właśnie pada deszcz. Obietnica wypełniona,
mogę więc przystąpić do przedstawienia swojego stanu ducha, który z powodu
braku pracy stanowi obraz nędzy i rozpaczy. Setki opisów mojej osoby w postaci
zgrabnie skrojonego CV krąży na rynku pracy zarówno w Krakowie jak i w
Zakopanem – i co? I NIC. Telefon milczy jak zaklęty (sprawdzam co 10 minut czy
aby się nie zawiesił). Szukanie pracy to najcięższa praca jaką kiedykolwiek
miałam okazję wykonać w swoim życiu. Co roku powtarza się ten sam scenariusz,
jednak w tym 2012 – sprawy osiągnęły szczyt stagnacji. Z doliny bezrobocia
mówiła – wkurzona i zrozpaczona – JA.
26.09.2012
Szpilki pod Giewontem.
Ostatnimi czasy coraz częściej oddycham krystalicznie czystym Zakopiańskim powietrzem (pomijając fakt istnienia gęstej chmury smogu nad Zakopanem). Pobieram pilnie nauki u górali dotyczące przewidywania pogody - dotychczas nauczyłam się, że jak na niebie są chmury to będzie padało a jak jest niebieskie niebo to czekać nas będzie słoneczny dzień. Mimo przeziębienia które dopadło mnie kilka dni temu, udało mi się zorganizować w plenerze sesję fotograficzną z udziałem najwdzięczniejszych modelek jakie kiedykolwiek poznałam (zakopiańskim krówkom należą się podziękowania za to, że mimo nacisków ze strony TV promującej fioletowe krowy - te zakopiańskie nie tracą rezonu i biało - brązowych uroczych łat).
12.09.2012
Rocznica.
Rok i cztery dni – tyle czasu minęło od pojawienia się pierwszego
wpisu na moim blogu. Nie oznacza to wcale, że wcześniej radosna twórczość
wychodząca spod moich palców nie pojawiała się w necie, w końcu Fabryka Myśli
to drugi z kolei blog mojego autorstwa – pierwszy WWW.myslodsiewnia82.blog.onet.pl
nadal egzystuje w internetowym niebie twórczości prawie zapomnianej. Chwile,
gdy wracam do siebie sprzed lat nie zdarzają się zbyt często, kiedy jednak
najdzie mnie nieodparta ochota spojrzenia w blogowe oczy nie poznaję samej siebie. Tyle
uśmiechów i łez, porażek i sukcesów, przebytych zakrętów i rozwikłanych węzłów.
Miliony myśli przebiegnąwszy przez moją głowę trafiając do palców dłoni i
znajdując swój finał w postaci czarnych znaków na białym tle – jednych bawiły,
innych skłaniały do głębokiej refleksji. Te wpisy i zdjęcia to cała Ja –
zmienna jak pogoda w górach, pełna wiary w ludzi i dobrą przyszłość kobieta,
pragnąca nadal uwieczniać i dzielić się kawałkiem swojego życia z wami –
wiernymi obserwatorami i przygodnymi czytelnikami. Sto lat - życzę Wam i nieskromnie sobie...
10.09.2012
Szczyt szczęścia..
"Zdobyć świata szczyt
albo przeżyć jeden dzień.
Zapamiętać sny
i zrozumieć jeden z nich.
Ten jeden najważniejszy wielki sen..."
Ira "Zdobyć świata szczyt"
28.08.2012
9.08.2012
Marzenie.
Obudzić się z samego rana, kiedy za oknem panuje jeszcze
półmrok. Przeciągnąć się cichutko jak kotka i spaść - na dwie w tym przypadku
- łapki na podłogę obok łóżka. Przyjrzeć się śpiącemu słodko, jak oddycha
spokojnie zanurzony po pas, po szyję w snach. Uśmiechnąć się lekko i założyć na
nagie dotąd ciało Jego pachnącą koszulkę. Zejść na dół po trzeszczących
schodach, zaparzyć kawę - mocną i słodką. Otworzyć drzwi i wyjść, by spędzić
ciche chwile w objęciach rodzącego się dnia. Usiąść na kocu, wsunąć w mokrą trawę rozgrzane od Jego nocnych pieszczot
dłonie. Spojrzeć wgłąb siebie i zobaczyć zdarzenia – jedne po drugich –
kolorowe, układające się w opowieść o
życiu. Ująć w palce każdą z nich i wyciągać je – ze spokojem w ciele, głowie,
duszy. Patrzeć na nie bez cienia niepokoju, z radością że to wszystko co się
podziało w życiu miało swój sens i doprowadziło do punktu w którym właśnie się
jest. Ostatnie zdarzenie – kiedyś najgroźniejsze – unieść ponad wszystkie inne
i wyrzucić w powietrze, nadać mu pęd i pozwolić odpłynąć swobodnie w jasną od
wschodzącego słońca przestrzeń. Chwycić pusty już kubek i z wilgotnymi od porannej rosy dłońmi
wrócić do domu, do zbudzonego w nim Szczęścia. Zrzucić z ciała koszulkę,
wślizgnąć się obok i w tej nagości wtopić się w Jego ramiona…
29.07.2012
Złudna pewność...
„A co dotyczy pewności,
nie było człowieka, ni będzie,
co by ją posiadł o bogach
lub o innej jakiej bądź sprawie.
A gdyby nawet przypadkiem
najtrafniej sądził, to nigdy
sam tego świadom nie będzie:
bo złuda jest wszystkich udziałem…”
- Goethe, Faust
27.07.2012
Zaufanie do samej siebie, czyli jak się opiekować własnym maleństwem i nie zwariować.
Nie, nie jestem jeszcze matką, ale jestem kobietą dającą
sobie prawo do wypowiedzi na temat macierzyństwa. Przeraża mnie fakt, że
kobiety zatraciły gdzieś zaufanie do siebie jeśli chodzi o instynkt macierzyński.
Pierwszym po co sięgają, gdy tylko dowiedzą się o byciu w ciąży, to sterty
książek i poradników w obawie, że nie poradzą sobie z przebyciem ciąży, porodem,
karmieniem, pielęgnacją a nawet kochaniem swojego maleństwa. Dreszcze
przechodzą mi po plecach, gdy czytam o matkach posiłkujących się coraz to
nowymi metodami podejścia do swoich nowo narodzonych pociech. „Naucz się
odczytywać myśli niemowlaka po sposobie płaczu, ułożenia języka, modulacji
głosu” – piszą jedni, „Noś dziecko przez cały czas w chuście inaczej zerwiecie
swoiste kontinuum” – piszą drudzy, a trzeci zdecydowanie karcą – „Nie przylatuj
na każde zawołanie i płacz dziecka, bo niemowlak się za bardzo do Ciebie
przyzwyczai”. Co za kompletne bzdury!!! Czy my kobiety, jesteśmy aż tak głuche
na swoją krzyczącą w nas kobiecość, że nie potrafimy same zdecydować jak
powinnyśmy opiekować się własnymi dziećmi? Czy musimy słuchać bredni wszystkich
tych piszących i gadających „mądrych głów” i z zapałem stosować się do ich „dobrych
rad” nawet, jeśli się nawzajem wykluczają? Świat kobiet stanął na głowie, a ja
gorąco pragnę by znów wrócił do prawidłowego położenia. Drogie kobietki,
zatrzymajcie się na chwilę, weźcie trzy głębokie wdechy, zamknijcie oczy – a gdy
wasze dziecko zacznie znowu płakać, zamiast sięgać po kolejny pseudo-poradnik, spróbujcie
się wsłuchać w wasz wewnętrzny głos – to jedyny głos, którego powinnyśmy
słuchać, głos natury i osobistego poczucia więzi z naszym maleństwem.
26.07.2012
Intuicja.
Intuicja – babie lato
podświadomości przenikające twardą barierę rozumu. W XXI wieku ludzie są tak
zajęci i zasłuchani w nieustanny szum krążących wokół nich spraw, że intuicji
prawie nikt już nie zauważa. To co niewytłumaczalne, wywołuje w nas lęk i
niepewność – a przecież intuicja jest w wielu przypadkach naszym wybawieniem. O
ile pewniej człowiek może się poczuć wiedząc, że ma tak mocnego sojusznika i dopuszczając jego
gorący oddech na karku za coś oczywistego. Czasem zdarza mi się usłyszeć ją tak
głośno i wyraźnie, jak przejeżdżający tuż za moim oknem trzeszczący tramwaj. W
przypływie zdrowego rozsądku neguję fakt jej istnienia, wyszukując tysiąc
racjonalnych wytłumaczeń na zaistnienie tego fantastycznego zjawiska. Mimo
mgiełki tajemnicy i niezrozumienia okalającej intuicję, warto się ucieszyć
słysząc jej delikatne stukanie do drzwi naszego ciała i rozumu. Słodkim
szeptem, czasem mocnym szarpnięciem pomaga nam dostrzec to, czego rozum nie
ogarnia. Jakkolwiek by jej nie nazwać: przeczuciem czy błyskiem podświadomości –
dla mnie najważniejsze jest to, że intuicja czasem puka również do moich drzwi, ratując tym samym z opresji.
16.07.2012
Zdrada...
Tak, potwierdzam, dopuściłam się zdrady. Mimo że zdradzie
powinno towarzyszyć uczucie wstydu i skruchy, ja czuję się z jej powodu
wyśmienicie. Zdradziłam swoją ukochaną salsę z niczym innym jak z Latin jazzem.
Przez pięć cudownych dni miałam okazję uczestniczyć w warsztatach prowadzonych
przez znakomitą tancerkę Magdalenę Prichodko (warsztaty odbyły się w
warszawskiej szkole tańca SalsaLibre). Pierwszy dzień wcale nie był taki
przyjemny. Czułam się zagubiona wśród wszystkich tych wytrenowanych tancerek.
Mimo wszystko postanowiłam podejść do zajęć zadaniowo – dać z siebie wszystko,
na co mnie stać nie oglądając się na poziom innych uczestników. Nigdy wcześniej
nie zetknęłam się ze stylem tańca jakim jest jazz, jednak moje ciało z dnia na dzień zaskakiwało mnie
coraz bardziej. Kolejne upływające minuta ćwiczeń sprawiały, że ciało stawało
się bardziej elastyczne, ruchy wydawały się płynniejsze, nie wspominając o lepszej
równowadze i dopasowaniu do muzyki. Każde
zajęcia wywoływały we mnie burzę euforii i sprawiały, że miałam ochotę na coraz
więcej. Mimo zmęczonych mięśni i litrów potu wylanych na sali podczas zajęć
ogłaszam wszem i wobec – WARTO BYŁO DOPUŚCIĆ SIĘ TAKIEJ ZDRADY! (p.s. salso
kochana nie martw się, ty mimo wszystko jesteś dla mnie najważniejsza).
5.07.2012
Kulinarnie..
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale gdy wchodzę do kuchni
by zrobić obiad – co przyznaję się bez bicia, nie zdarza mi się zbyt często –
wraz z efektem końcowym w postaci potrawy, powstaje równie spektakularny bajzel
na kółkach. Moje gotowanie oznacza ni mniej ni więcej tylko nieplanowane
wietrzenie każdej nawet najdrobniejszej łyżeczki i garnuszka. Kasia do
gotowania jednej potrawy używa 10 garnków, do tego dodajmy pięć talerzy, dwie patelnie, cztery
miski, trzy kubki, dwie chochelki, parę drewnianych łyżek, nie wspominając o
tonie pokrywek i durszlaków. Chętnie zaprezentowałabym ten nieład artystyczny w
kuchni robiąc mu zdjęcie, ale doszłam do wniosku, że raczej nie ma się czym
chwalić. Kuchnia w efekcie końcowym wygląda jak żywcem wyjęta z trzeciej wojny
światowej. Mimo wszystko warto przeczekać ten nalot Kasi na kuchnię, gdyż po
gruntownym sprzątaniu na blacie pozostaje jedynie efekt końcowy –kulinarne cudo
(dziś pyszny, zdrowy, wysokobiałkowy ryż z warzywami i kurakiem). Smacznego życzę.
3.07.2012
Burzowo...
Ciemne chmury, grzmoty, srebrne pioruny łączące na sekundę
niebo z ziemią, wzmagające się podmuchy wiatru, przyniosły jakże oczekiwany
przeze mnie deszcz. Co tam deszcz, białe kulki twardego jak orzech laskowy
gradu sprawiły, że rozpalone zmysły i ciało odetchnęły z ulgą. Wysoka
temperatura to ten element lipca, którego nigdy nie polubię. Siedząc tuż przy
otwartym oknie, raz po raz czuję na rozgrzanym karku i plecach przyjemną
pieszczotę chłodnego wiatru. Upał miesza mi w głowie równie mocno jak perliste
bąbelki wypitego szampana. Oby ta burzowa atmosfera potrwała jak najdłużej…
29.06.2012
Wakacje.
Kolejny rok szkolny dobiegł końca. W całym tym radosnym
szkolnym zamieszaniu nie poczułam jak małymi, lecz regularnymi krokami zbliża się do nas
wakacyjna przerwa. Jak co roku oznacza to dla mnie jedno – zmianę pracy. Już
teraz zastanawiam się gdzie wiatr przypadku rzuci mnie tym razem. Ten rok był
dla mnie rokiem trudnym od samego początku. Dwa pobyty w szpitalu, próba
zapanowania nad swoim życiem i rozprawienia się wszechogarniającą samotnością,
choć gorzkie w smaku sprawiły, że stałam się mocniejsza. Samotność nadal puka
do mych drzwi. Rozstanie z dzieciakami, które jak zwykle trwać będą w mojej
pamięci już zawsze, skłoniło do zadumy nad tym, czy i mnie te dzieciaki będą
pamiętać za kilka lat. Przede mną dwa miesiące odpoczynku i myślenia o nowej pracy. Za tydzień odwiedzę dawno niewidziane Warszawskie kąty gdzie postaram się podciągnąć swoje taneczne umiejętności. Jedyne czego bym sobie życzyła na zakończenie tego roku szkolnego to rozstania z zimną, wyrachowaną damą, która towarzyszy mi od jakiegoś czasu i ani myśli się odczepić - samotnością...
18.06.2012
W takie wieczory jak dziś...
W takie wieczory jak dziś, chciałabym móc wtulić się w silne
ramiona i zapomnieć o otaczającym mnie, palącym czasem do żywego świecie. W
takie wieczory jak dziś, chciałabym móc pokazać jak bardzo namiętne potrafią
być moje delikatne usta i wodzące miękkim muśnięciem palce dłoni wędrujące w
górę i w dół po ciele. W takie wieczory jak dziś, leżąc samotnie na dywanie
utkanym ze wspomnień, chciałabym móc szeptać najpiękniejsze słowa muskając
ciepłym oddechem płatki uszu. W takie wieczory jak dziś chciałabym poczuć, że
stać mnie na bycie delikatną, subtelną, namiętną kochanką rozpalającą ciało i zmysły. W takie wieczory jak
dziś, chciałabym odrzucić kajdany żelaznych nerwów i pancerz siły, wkładając
jednocześnie delikatną materię kobiecej kruchości. W takie wieczory ja dziś chciałabym nie czuć się tak
potwornie samotna i zagubiona. W takie wieczory jak dziś,
chciałabym to wszystko zrobić, zamiast być skazaną na łaskę wyobraźni…
11.06.2012
Syndrom wmówionej bezradności.
Obserwując otaczający mnie świat coraz częściej dochodzę do
wniosku, że ludzie stają się coraz mniej samodzielni. Pomijając fakt wiary w to,
że produkt reklamowany na łamach telewizji i kolorowych gazet jest nam
bezwzględnie potrzebny do życia – na co jeszcze jestem w stanie przymrużyć oko,
nie pojmuję jak dorosłym ludziom można wmówić, że nie potrafią czegoś
samodzielnie zrobić. Mam na myśli dwa konkretne przykłady prywatnych firm
promujących, moim zdaniem, zupełnie zbędne usługi. Pierwszym z nich są
plannerki zaręczyn. Ja rozumiem, że jeśli chodzi o ślub czasem trudno znaleźć
czas i dobrze wykalkulować wszystkie koszty dotyczące takiej uroczystości i
stąd usługa wedding plannerek znalazły swoją mocną pozycję na rynku usług, ale
żeby nie umieć samodzielnie zaplanować własnych zaręczyn? Gdyby o moją rękę
starał się facet, który wcześniej zwrócił się z wymyśleniem sposobu jak się oświadczyć
ukochanej kobiecie chyba bym takiego absztyfikanta pogoniła gdzie pieprz rośnie
po rozum do głowy. O drugiej firmie dowiedziałam się dziś rano a dotyczy ona
kompletowania dziecięcej wyprawki. Zawsze mi się wydawało, że kobiecie w ciąży
niemałą frajdę sprawia chodzenie po sklepach i wybieranie odpowiedniego
wyposażenia do dziecięcego pokoiku, nie mówiąc już o śpioszkach, pajacykach,
koszulkach i sukieneczkach. Jakże się myliłam. Podobno rynek artykułów dla
dzieci jest tak obszerny, że przyszłe mamy nie radzą sobie z ich wyborem i w
ataku paniki zwracają się z tą trudną sztuką do wyspecjalizowanych w tym
temacie pań. Czy my dorośli jesteśmy aż tak nieudolni, czy może na tyle głupi
by pozwolić wmówić sobie ową nieudolność w funkcjonowaniu na podstawowych płaszczyznach
życia? Aż włos się jeży na głowie, gdy pomyślę o odpowiedzi na pytanie: czego
to ludzie w swej głupocie jeszcze nie wymyślą?
30.05.2012
Na zakończenie dnia.
Kiedy słońce chyli się ku zachodowi i dzień dobiega końca w
głowach ludzi zaczyna kiełkować podsumowanie kolejnego przeżytego dnia. Jednym
dzień minął pod znakiem małych sukcesów – ktoś otrzymał pochwałę od szefa,
komuś udało się usmażyć idealnego naleśnika, ktoś pobił swój rekord w szybkości
pokonania drogi z pracy do domu, ktoś wywołał uśmiech na twarzy bliskiej mu
osoby. Innym gasnący dzień zwyczajnie się nie udał – podczas prasowania oparzył
się rozgrzanym żelazkiem, po męczącym sprincie do tramwaju motorniczy odjechał
zostawiając zdyszanego na przystanku, dostał burę od szefa, bo nie udało mu się
wykonać zadania zgodnie z wizją najwyższego. Są też i tacy, którzy otwierając
jutro zaspane oczy zupełnie nie będą pamiętać dzisiejszego dnia – ani tego co
jedli na śniadanie, ani tego czy ktoś się do nich uśmiechnął, nawet tego czy
byli mili dla swoich najbliższych.
Ja dzisiejszy dzień zaliczam do tych średnio udanych. Mimo
ogromnego poczucia ulgi spowodowanego pojawieniem się długo oczekiwanego
prezentu, dzień zakończył się dość filozoficznie. Jeden problem się rozwiązał a
na jego miejsce wyrosły trzy nowe problemy. Przestałam je już nawet liczyć.
Martwić też się przestałam, bo i po co się martwić czymś na co nie ma się wpływu? Jedyne, z czego nie jestem zadowolona to fakt podłego
potraktowania mojej życzliwej znajomej – salsy. Na kursie opierniczałam się jak
mało kto i jest mi z tego powodu bardzo głupio. Obiecuję uroczyście, że jutro
się przyłożę i zamiast gadać skupię się tylko na tańcu. Czuję w kościach, że
jutrzejszy dzień minie pod znakiem małego sukcesu, czego i wam życzę.
20.05.2012
Finał Ligi Mistrzów.
Wprawdzie nie jestem fanką piłki nożnej, nie wspominając o
pogardliwym stosunku do polskiego wydania tej dyscypliny sportowej, jednak
wczorajszy finał ligi mistrzów oglądałam z niekłamaną przyjemnością. Takie
widowisko najlepiej oglądać ze znajomymi (na przykład ze szwagrem i siostrą). Zaprawieni
w bojach (albo jak kto woli zaprawieni lekko alkoholem w postaci białego wina i
paru butelek piwa), zastanawialiśmy się wspólnie nad działaniem męskiego
organizmu po tym jak dana jednostka człowiecza strzeli gola. Nie będę tu
przytaczała szczegółów tychże rozważań, gdyż mój blog nie należy do przedziału
+18. Mnie osobiście zafrapowała mało stylowa czapka- czołgistka będąca stałym
już wyposażeniem głowy Petra Cecha. Emocje mojego szwagra zostały skutecznie
rozładowane przez dzikie okrzyki prezentowane, z racji śpiącego w pokoju obok dziecka,
na balkonie. Natomiast moją siostrę poniosło tak bardzo, że przy karniakach
ucięła komara. Podsumowując ten ciekawy epizod sportowy wczorajszego wieczoru –
nie ma to jak mecz oglądnięty w zestawie: 2 wstawione kobiety + 1 zainteresowany
facet ;) Mimo wszystko gratuluję drużynie Chelsea znakomitego zwycięstwa.
9.05.2012
Wiosenne cudeńka.
Ręcznie
haftowane kolczyki techniką sutasz (soutache). Wykonane z białego
koralu, mlecznych agatów oraz fioletowych ametystów, ze srebrnymi
biglami.
2.05.2012
Misja "TATUAŻ" zakończona...
Misja „TATUAŻ” zakończona powodzeniem. Na moich plecach,
dumnie rysuje się okupiony mocnymi wrażeniami bólowymi kształt tatuażu. Wczoraj
wracając do domu czułam się nieco dziwnie. Nie wierzyłam, że stać mnie na taki
rodzaj szaleństwa w swoim życiu. Jednak mnie stać, a to co powstało na moim
ciele to nie kalkomania tylko najprawdziwszy wzór, który pozostanie ze mną do
końca życia. Liczę na to, że ten mały błysk wariactwa, na które się wczoraj
zdecydowałam ze mną pozostanie, dając mi siłę do korzystania z życia i
spełniania marzeń, po które sięgnąć nie miałam nigdy odwagi. Swoją drogą
dziękuję tatuażyście z najlepszego w Polsce studia tatuażu KULT TATTOO, za
ocean cierpliwości i profesjonalizmu. Mateusz, dobra robota!
23.04.2012
Jedno życie to za mało.
Dlaczego życie mamy tylko jedno? Jedno życie wymaga od nas
ciągłego wybierania – być suką czy grzeczną dziewczynką? Rozpieszczać swoje
kubki smakowe i być pulchną do granic, czy odmawiać sobie przyjemności celem prezentowania
seksownych szczupłych kształtów? Inwestować w umysł czy w ciało? Sypiać z kim
popadnie czy czekać z cnotą do ślubu by oddać się temu jednemu? Być cichą
spolegliwą myszką, przyjaciółką wszystkich czy walczyć o swoje, idąc po trupach
do kariery? Być singlem żyjąc jak nam się podoba nie oglądając się na partnera,
czy spełniać się w roli żony i mamy? Jedno życie – jedna droga do wyboru…
20.04.2012
Katharsis.
Strzelił mi do głowy pomysł nie lada. Jak to zwykle u mnie
bywa krążące atomy myśli poczęły się łączyć tuż nad głową formując coraz to
większy twór myślowo-pomysłowy. Twór poza ciekawym kształtem stopniowo nabierał
koniecznych do jego realizacji rumieńców. Stukał, pukał natarczywie przez parę
tygodni i wystukał podjęcie decyzji – OK. postanowione, na moim ciele pojawi
się tatuaż! Tatuaż ma być nie tylko zwieńczeniem 30-lecia mojej bytności na tym
świecie, ale również zakończeniem bardzo ważnego dla mnie etapu życia. Wolałabym
by ten etap oznaczał szczęście a nie smutek – cóż, nie zawsze wszystko układa
się tak jakbyśmy chcieli. Może nie mamy wpływu na decyzje podejmowane przez
inne osoby wokół nas, ale mamy wpływ na decyzje podejmowane przez nas samych. Mam
nadzieję, że w trakcie wykonywania bolesnego zabiegu, doznam swoistego rodzaju katharsis, które wymiecie z mojej głowy wszystko to, co
do tej pory tak bardzo mnie bolało i pozwoli bym w dalszą drogę udała się
lżejsza o niespełnione wizje mojego przeszłego życia. Wybór miejsca, w którym
tatuaż zostanie wyrysowany był pestką, gorzej z wyborem motywu. Mnogość form,
kształtów, kolorów i znaczeń przytłoczył mnie doszczętnie. Ostateczny wygląd
tatuażu pominę milczeniem, pozostawiając
was na pastwę drapieżnej bestii zwanej ciekawością…
7.04.2012
Niesforny koc.
Dziś wcale nie będzie świątecznie. Czuję się jakbym leżała
pod zbyt krótkim szorstkim kocem. Gdy go naciągam pod szyję, to u dołu stopy
wołają o pomstę do nieba trzęsąc się z zimna. Gdy koc w przypływie litości dla
zmarzniętych palców stóp wędruje w dół, głowa szyja i ręce zaczynają kostnieć
marząc o kawałku ciepłego materiału tylko dla siebie. Jakby koc nie obrócić,
jakby go nie naciągnąć, pociąć i zszyć na nowo, materiału nie starcza by każdej
części ciała dogodzić należycie. Czuję się wyczerpana tą walką z niesfornym
materiałem. A gdyby tak odrzucić całkowicie ten przymały szorstki w dotyku koc
i sprawić sobie zupełnie nowe okrycie, takie w sam raz na moje 162 cm wzrostu?
A może w ogóle zrezygnować z zamarzania, wyjść z cienia na słońce i ogrzać
nagie ciało w gorących, złotych promieniach? Rozpieścić samą siebie by mieć
potem siłę stawić czoła wszelakim problemom. Tak właśnie uczynię. Zamiast
zajmować się kocem, zajmę się samą sobą. Czas na wielkie sprzątanie…
31.03.2012
Zagadkowe Kobiety.
Żeby było jasne, ten tekst nie jest negatywną propaganda
przeciwko kobietom, a jedynie stwierdzeniem faktu. Jak faceci mogą zrozumieć nas
– kobiety, kiedy kobieta sama siebie nie rozumie? Zapuszczam się w
najodleglejsze zakątki swojego umysłu by poznać swoje pragnienia. Myślę, że
wiem na czym w życiu mi zależy, czego oczekuję od innych ludzi i od siebie – to
wszystko dzieje się w poniedziałek. We wtorek umysł zachowuje się jakby obrócił
się w bębnie pralki automatycznej o 180 stopni. Wczorajsze oczywiste oczywistości dziś już są zupełną abstrakcją.
To, co śmieszyło mnie w środę, w czwartek przyprawia o mdłości a w piątek o
tępy ból głowy i łzy. Sobota okazuje się upragnionym wytchnieniem od wszystkich
problemów by w niedzielę przemienić się w niegasnącą euforię – niegasnącą aż do
poniedziałku, gdy cała ta niezrozumiała karuzela uczuć i myśli rozpoczyna się na
nowo. Kobieta nie jest w stanie nadążyć za tym, co nią kieruje w danej chwili,
więc nie dziwmy się facetom, że czują się przy nas nieco zagubieni. Skoro sama
ze sobą czuję się totalnie zagubiona, rozgrzeszam wszystkich moich znajomych,
dla których jestem jedną wielką zagadką.
22.03.2012
Rozkosz w czystej postaci.
Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się zatopić w muzyce tak
bardzo, że poczuliście się nienaturalnie niematerialni? Płynąć z miękkimi
dźwiękami wprost do granic świadomości. Poddać się fali melodii przechodzącej
przez każdą cześć ciała od koniuszków palców aż po szyję. Podążać za rytmem
wprost w przepaść i pozwolić sobie skoczyć przyprawiając głowę o rozkoszny zawrót
głowy i motyle w brzuchu. Wczoraj stojąc na przystanku zostałam pochłonięta przez
muzykę do reszty. Stojąc tak ze słuchawkami na uszach i zamkniętymi oczami, z
twarzą zwróconą w stronę nieba pewnie wyglądałam nieco dziwnie, ale na takie
chwile nie ma rady. Trzeba poczekać do ostatniej sekundy brzmiącej w ciele muzyki
a gdy ta nastąpi, cieszyć się, że choć przez chwilę stanęło się na szczycie
prawdziwej muzycznej rozkoszy.
18.03.2012
Tym razem na poważnie.
Jeśli miałabym wyznaczyć mistrza w odstraszaniu potencjalnych przyszłych partnerów, niewątpliwie wyznaczyłabym siebie. Chyba za bardzo wzięłam sobie do serca wszystkie triki użyte przez odtwórczynię głównej roli w filmie „Jak stracić chłopaka w 10 dni”. Otwarcie się przed drugą osobą i wpuszczenie jej do mojego świata jest trudniejsze niż sądziłam. Zwykle zatrzymuję wszystkich już na wycieraczce. Faceci na sam widok tych stromych, zbudowanych z litej skały schodów mają dość i biorą nogi za pas. Najlepsze jest to, że sama siebie nie wpuszczam do swojego wnętrza. Stoję obok siebie i obserwuję z dystansem byle tylko nie dotknąć tych wszystkich brzęczących głęboko uczuć. Łatwo to brzęczenie zagłuszyć. Czasem martwię się, że odchodząc od siebie zbyt daleko tracę szansę na prawdziwe szczęście. Dystans jest coraz większy a ja coraz bardziej zamykam się na innych. W takie dni jak dziś, przy pełnym słońcu, z ulubioną muzyką w tle, zdaje mi się, że wracam w te dawno zapomniane kąty swojego istnienia i otwieram tak mocno zatrzaśnięte drzwi, ale błędy, które popełniłam poprzedniego dnia, nie dają o sobie zapomnieć.
Jak zwykle, tekst miał być zabawny, ale nie wyszło. Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi tą chwilę słabości i zadumy nad własnym życiem…
16.03.2012
Życie to bajka.
Zdradzę wam tajemnicę skrywaną przed wami od wielu pokoleń. Bajki
opowiadane dzieciom na dobranoc zostały podstępnie zmienione wiele lat temu. Prawdziwe
losy bohaterów były tak niewiarygodne, że uznano je za nienadające się do opowiadania
młodym obywatelom. Tak naprawdę to nie wilk polował na czerwonego kapturka – to
kapturek, pod osłoną czerwonego nakrycia głowy, dzierżąc w ręku żelazny i ostry
jak brzytwa koszyczek tropił wilka. Wilk natomiast, przestraszony udał się do babci
w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia.
Nieszczęsnych losów wilka to nie koniec. Nie bez powodu
ukrył się w owczej skórze. Powodem owym wcale nie była chęć pożarcia
bezbronnych owieczek. Wilk chował się przed szajką trzech świnek grasujących w
okolicy. Wieprzo-szajka o nazwie trójpak od dawna zasadzała się na wilka, który
nieopatrznie pożyczył od nich perły na niebotyczny, lichwiarski wręcz procent
(za każdą pożyczoną perłę miał rzucić przed wieprze zamiast jednej aż pięć
pereł). Wcale się wilkowi nie dziwię, że popadł w końcu w depresję i manię prześladowczą.
Wilk to nie jedyna baśniowa postać, której losy tak okrutnie przeinaczono. Śpiąca
Królewna nie była siłą trzymana w wieży, a ukłucie wrzecionem od samego
początku było przez nią samą ukartowane. Tym sprytnym fortelem pragnęła zbliżyć
się do smoka (rzekomo miał on pożerać rycerzy pragnących uratować Śpiącą). Śpiąca
tak naprawdę była owładnięta nieodwzajemnioną miłością do smoka (stąd ten
fortel z wrzecionem, chciała się w ten sposób do niego zbliżyć). Smokowi
chcącemu uciec od Śniętej tak się paliło pod łapami, że rycerze ze strachu
przed ogniem atakowali wielką bestię. Smok w akcie samoobrony ich pożerał i
czując ogromne wyrzuty sumienia wracał do Śpiącej. Mogłabym mnożyć przykłady
przeinaczonych historii jednak czasu i miejsca na blogu by na to nie starczyło.
W obliczu prawdziwych wersji bajek przedstawionych przeze mnie powyżej, stwierdzam
jednoznacznie – Życie to niewątpliwie bajka.
10.03.2012
Taneczna masakra.
Słowo „MASAKRA”, po dzisiejszym dniu nabrało dla mnie nowego
znaczenia. 6 godzin spędzonych w jednej sali z Anią Chagowską zrobiło swoje. Już
po jednej godzinie ćwiczenia salsy na tak wysokim poziomie, miałam ochotę
uciekać stamtąd przez okno (nie, nie przez drzwi - przez okno, bo stało bliżej).
Z całych sił powstrzymywałam łzy ciskające się do oczu. Łzy gwoli wyjaśnienia
wcale nie wywołane wzruszeniem, lecz złością na niemoc cielesną ogarnięcia układów
i tego specyficznego salsowego flow, które Ania prezentowała nam w każdej
sekundzie swojego tańca. Mimo cierpienia fizycznego i psychicznego jestem z
siebie dumna, że dałam radę. Wiem, że do dobrego poziomu salsy brakuje mi jeszcze
lat świetlnych treningów, ale kto by te lata liczył. Najważniejsze, że
wytrzymałam do końca zajęć, ćwiczyłam jak równy z równym i mam ochotę ćwiczyć nadal.
Więcej takich salsowych warsztatów w Krakowie poproszę…
3.03.2012
Wiosennie zakręcona.
Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny za nami. Takie początki,
choćby nowej pory roku, sprawiają, że człowiek z większym optymizmem patrzy na
świat. Po prawie dwumiesięcznym okresie stagnacji, bezruchu i kompletnych
porażek mnie nękających, mam nadzieję odzyskać dobry humor. W poniedziałek
wracam do ukochanej salsy. Kolejny weekend również zapowiada się ciekawie, a to
za sprawą Ani Chagowskiej z Salsa Libre, która przyjeżdża na warsztaty taneczne
do B&W. Do dziś pamiętam zeszłoroczne Warszawskie warsztaty z Yoko Delgado
i resztą fantastycznych tancerek. Afrykańskie
i Kubańskie rytmy potrafią wywołać dreszcz rozkoszy przepływający przez całe
ciało oraz pozytywny zawrót głowy. Mam nadzieję, że i tym razem warsztaty okażą
się strzałem w dychę. Poczekamy, zobaczymy…
27.02.2012
Świstkowy zawrót głowy.
Czy pomimo szczerych chęci by było dobrze, zdarzają wam się
tak paskudne dni, że o godzinie 14.00 macie go już po kokardę? Mnie taki dzień
dopadł dzisiaj. Dyszy mi nad uchem od samego rana męcząc niemiłosiernie. Miałam
dziś wrócić do pracy, ale chora służba zdrowia nie potrafi wystawić mi jednego
maleńkiego zaświadczenia, że jestem do tej pracy zdolna. W przychodni lawirując
między wściekłymi pacjentami wbiłam się na chwilę do lekarza, który odesłał
mnie do innego lekarza z pustymi rękami. Myśląc, że mi się upiecze bez świstka
papieru, pojechałam do zakładu medycyny pracy, gdzie bez świstka ani rusz.
Wspomniałam już, że zamiast w tym czasie kursować między jednym budynkiem a
drugim, powinnam być już w pracy? Z zakładu medycyny pracy, niemal z płaczem
zadzwoniłam do dyrektora, że mimo iż chodzę, słyszę, mówię a nawet potrafię
podskoczyć do góry bez zadyszki, nikt nie chce podjąć decyzji czy mogę wrócić
do pracy czy też niekoniecznie. Za chwil kilka ponownie przypuszczę szturm na
przychodnię. Plan jest klarowny – przykuć się łańcuchem do kaloryfera w
gabinecie lekarza i uwolnić się jedynie wtedy, gdy świstek trafi w moje ręce.
Jeśli nawet świstek dostanę, jutro do pracy się nie wybiorę, bo w tym czasie
będę siedziała w zakładzie medycyny pracy by okazać ów świstek by dostać
kolejny świstek…Czy wam, tak jak i mnie, również od tego wszystkiego zakręciło
się w głowie?
PS. Jest godzina 17.00. Świstka jak nie było tak nie ma. Plan
z łańcuchem i kaloryferem nie wypalił, reakcja lekarki z wyrzuceniem mnie z
gabinetu była szybsza. Żyć nie umierać…
25.02.2012
Pustynia.
Ostatnie dwa dni laby przede mną. W poniedziałek czeka mnie powrót do pracy – do tych wszystkich rzucających się na szyję, rozwrzeszczanych, bijących się przy każdej okazji dzieciaków. Po pięciu tygodniach przymusowego „odpoczynku”, czuję się jakbym miała zaraz lecieć na zupełnie obcą planetę. Dzisiejszy wpis miał być pełen optymizmu, tryskającej energii, lecz taki nie będzie. Mimo godziny spędzonej na jogicznym rozciąganiu mojego pięknego, smukłego ciała, która miała dać tak upragniony spokój ducha, ciała i umysłu, jedyne co dostałam, to głośny krzyk protestu wszystkich bez wyjątku mięśni. Jutro zapewne, jedyne, czym będę mogła ruszyć bez grymasu bólu na twarzy to rzęsy, a i to nie jest takie oczywiste. No więc, optymistycznie nie będzie, bo i cieszyć się nie ma z czego (prócz faktu, że szwagier jednak został wielkim bohaterem w naszym domu i router śmiga że hej, za co szwagrowi serdecznie dziękuję). Czuję, że stoję na środku ogromnej pustyni. Sama jedna. Jedyne co mi towarzyszy to ziarenka piasku wpadające do oczu i przesłaniające widok – umówmy się widok i tak jest do bani, bo nic poza pustynią i tak tu nie widać. Coraz częściej myślę że tak już zostanie. Tylko ja i ta bezkresna pustynia z palącym do żywego słońcem. Może nie ma tego złego, jak się już spalę na węgielek, to za milion lat zamienię się w diament, ktoś mnie z tej pustyni odkopie i podaruje komuś, kogo naprawdę kocha. Nie ma to jak wymęczony happy end…
21.02.2012
Bohater w naszym domu.
Tak bardzo chciałam zostać bohaterem we własnym domu. Tak bardzo, że aż nie wyszło. Katarzyna i urządzenia komputerowe - połączenie nierealne. Miało być tak pięknie, dwa komputery – jeden Internet. Z całej tej bajki pozostał jedynie router, który po prostu skopał mój umięśniony, zgrabny tyłek i powalił na łopatki. Na nic zdały się wielogodzinne treningi kardio i ćwiczenie wszelakich mięśni. Szkoda, że to urządzenie nie posiada takowej części ciała, w którą mogłabym kopnąć. Rozbrojona kilkugodzinnym, bezowocnym pochylaniem się nad instrukcją obsługi (zaznaczę, że instrukcja posiada tylko jedną stronę), oraz zaplątaniem w gąszcz kabli (w ilości sztuk dwóch) stwierdziłam, że nie poradzę sobie z tym wyzwaniem. Pozostała mi ostatnia deska ratunku - telefon do przyjaciela, a właściwie szwagra (tak to jest jak się nie posiada jakże pomocnego w takich sytuacjach partnera życiowego). Na szczęście siostra nie ma tego problemu a wraz z nią poniekąd i ja. Mając tak cudowne wsparcie mogę odetchnąć. Router na pewno ulegnie nieodpartemu urokowi mojego szwagra, i już niedługo będę się mogła cieszyć Internetem leżąc w ciepłym, rozkosznym łóżku. Szkoda tylko, że to On a nie ja, zostanie bohaterem w naszym domu. Cóż, czego się nie robi dla rodziny…
16.02.2012
Tajemnicze miejsca.
Nie mając w tej chwili nic ciekawszego do roboty, postanowiłam odświeżyć nieco szatę graficzną bloga. Nie mogąc się zdecydować (podobno to taka przypadłość kobieca - nieumiejętność podejmowania decyzji), które zdjęcie umieścić tym razem, wybrałam aż 5. Ciekawa jestem czy znajdzie się osoba, która odgadnie jakież to miasta zostały na nich uwiecznione? Dla osoby która odgadnie bezbłędnie czeka nagroda.
PS. lukaszet - Ciebie tym razem zabawa ominie, bo znasz wszystkie 5 miejsc.
15.02.2012
13.02.2012
Lubię poniedziałki.
Ciastko, gorrrąca kawa z mlekiem, komputer i ja – oto wymarzony poniedziałkowy poranek. Nie, to nie sen, to najprawdziwsza prawda. Z okazji rekonwalescencji po zapaleniu płuc, jestem uwięziona w domu przez najbliższe dwa tygodnie. Wprawdzie ubolewam bardzo nad tym, że nie mogę tańczyć ukochanej salsy, ćwiczyć swoich mięśni (wczoraj zrobiłam na próbę 10 przysiadów i po 6 myślałam że nie wstanę – to efekt trzech tygodni spędzonych w pozycji leżącej), jednak parę dni spokoju w mojej obecnej sytuacji wyjdzie mi tylko na zdrowie. Tak to sobie przynajmniej tłumaczę. Mimo wszystko niecierpliwie przebierając nóżkami czekam na pierwszy od dawna upragniony spacer z psem (zdarzy się pewnie dopiero za tydzień), i opracowuję plan strategiczny kiedy będę mogła wbić się ponownie na kurs salsy.
PS. Najlepszą kuracją odchudzającą jest pobyt w szpitalu – wiem, bo sama schudłam na kroplówkach 5 kilo ;) W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło..
10.02.2012
Witajcie wśród żywych.
Trzy tygodnie temu, w nocy z soboty na niedzielę obudziła mnie przemożna chęć trzymająca się mojego ciała i duszy swoimi ostrymi jak sztylety pazurkami. Myśl zupełnie zwyczajna – Tak, właśnie dziś mam ochotę przejechać się karetką pogotowia wprost na SOR. Tak, skoro mam ochotę, to dzwonię i sprawa załatwiona. Myśli przerodziły się w czyny, bo właściwie czemu nie? Skoro mam ochotę to należy ją realizować. Pół godziny później pędziłam już karetką w stronę szpitala, całkiem usatysfakcjonowana z możliwości spełnienia mojej nocnej zachcianki. Trafiłam na SOR ledwo zipiąc – wcale nie z zadowolenia jak się okazało – a z powodu ostrego zapalenia płuc. Moje życie wisiało na włosku. W szpitalu zamieszkałam trzy tygodnie. W ciągu tych dni dowiedziałam się o szpitalach wiele ciekawych rzeczy, które zaraz wam wszystkim przytoczę:
Po pierwsze – obserwacja na SOR, polega na jednorazowej wizycie doktora przy łóżku chorego i zostawieniu go na całą noc w celu dokonania diagnozy czy po następnej wizycie pacjent nadal dycha czy już go anioły w niebie witają.
Po drugie – Pielęgniarki na oddziale w nocy zamiast dyżurować śpią w najlepsze, bo powszechnie wiadomo, że każdy pacjent w nocy cudownie zdrowieje i nie potrzebuje żadnej pomocy.
Po trzecie – na czas pobytu w szpitalu najlepiej przykleić sobie do twarzy uśmiech i nie narzekać na ból podczas zastrzyków, bowiem wiadomo, że zastrzyk zastrzykowi nierówny i zawsze, ale to zawsze może stać się jeszcze bardziej bolesny niż ten poprzedni.
Po czwarte – to, że wypuszczają Cię z jednego szpitala nie oznacza wcale, że trafiasz do domu, zazwyczaj odwożą Cię do drugiego szpitala w celu dalszych tortur.
Po piąte – to, że się rozryczysz teatralnie i chwycisz za czerwoną od stanu zapalnego żyłę nie spowoduje nawet błysku współczucia w oczach lekarzy i pielęgniarek. I tak wbiją ci następną igłę tyle, że o żyłę dalej i tak dziesięć razy w ciągu dwóch tygodni.
Po szóste – tu w szpitalu w dzień styczniowy, takie słyszy się rozmowy – i tylko takie, które dotyczą – cierpienia, bólu, chorób wewnętrznych, chorób zewnętrznych, czy wspomniałam o cierpieniach? Innych tematów ze świecą szukać.
Żeby nie było tak strasznie, mimo tych trzech tygodni męczarni, tysiąca i jednej kroplówek podpiętych do moich drobnych żył, milionie łez wylanych nad wkłutym wenflonem z całego serca dziękuję wszystkim lekarzom i pielęgniarkom ze szpitala Narutowicza z oddziału chorób wewnętrznych, oraz szpitala Jana Pawła II z oddziału chorób płuc za uratowanie mojego życia. Walka była strasznie trudna, ale na szczęście wygrana. Witajcie ponownie wśród żywych!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)